|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Drugi blog
Inni
Nie przesylaj lancuszkow, zanim tu nie zajrzysz
Obecnie w czytaniu
Obecnie w słuchaniu
Strony najbliższych
Ulubione
ZZZ
|
środa, 16 września 2009
Koniec
Zmagania doktoratowe dobiegają końca. Jakimś cudem udało mi się w terminie złożyć pracę - mam nadzieję, że na tyle dobrą, aby przetrwać egzaminacyjny łomot, który mnie czeka za parę miesięcy, ale wiedzieć na pewno to tego nie wiem. Oczekiwałam uczucia ulgi, triumfu, dumy może nawet, a przede wszystkim radości z powodu uwolnienia się od tematu, który mnie już zmęczył i zalazł mi za skórę. Tymczasem ulga - taka sobie, triumfu jakoś z siebie nie moge wykrzesać, a zamiast uwalniać się od tematu, na który narzekałam już od jakichś dwóch lat, nie mogę się od niego oderwać, nie mogę przestać o nim myśleć, jak go rozwinąć, jak go poprawić, gdzie można wyskubać jakieś fundusze na dalsze badania nad nim. Krótko mówiąc - lekko sama siebie zaskakuję. Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo owocnym czasem, nie tylko ze względu na wydanie na świat pracy (w zamierzeniu doktorskiej), ale też i dlatego, że pojawiło się wiele różnych nowych pomysłów na zajęcie sobie życia, tak wiele, że nie mam pojęcia, kiedy się z nimi wszystkimi uporam i jak ja to w ogóle mam zrobić. W związku z powyższym zaprzestaję pisania bloga. Odzwyczaiłam się już od niego przez te kilka miesięcy, i nie czuję w sobie entuzjazmu do ponownego wgryzania się w blogowanie. Miliony nowych pomysłów, które się pojawiły, sprawiają, że blog przestałby być miłą odskocznią i rozrywką, a zacząłby być zwykłą stratą czasu. Zresztą, był on początkowo planowany jedynie na okres studiów doktoranckich, więc here you are, koniec studiów, koniec bloga. Wpadnę jeszcze się pochwalić, że pracę obroniłam - a jak się nie będzie czym chwalić, to się nie będę chwalić ;-) Moje pożegnanie z pisaniem bloga nie oznacza, że przestanę blogi czytać. Przez cztery lata blogowania zaprzyjaźniłam się wręcz z różnymi blogami, przyczyniłam się do powstania niektórych, w tworzeniu innych aktywnie uczestniczyłam. Do tych mi najbliższych na pewno będę wciąż zaglądać. Pozdrawiam zatem wszystkich moich czytelników, dziękuję Wam za to, że czytaliście mojego bloga, dyskutowaliście ze mną, pisaliście do mnie - świadomość, że ktoś czerpie przyjemność, rozrywkę czy natchnienie z mojej pisaniny była bardzo miła i nadawała sens blogowi, który bez Was byłby bezcelową bazgraniną. No i oczywiście bądźcie tak dobrzy, proszę, i trzymajcie kciuki za to, żeby mnie nie oblali na egzaminie doktorskim :-)
poniedziałek, 15 czerwca 2009
sobota, 18 kwietnia 2009
Mały, ale zawsze sukces :-)
Tadam! Wreszcie wyszły akta mojej jesiennej konferencji. Dzisiaj nie piszę doktoratu, dzisiaj opijamy :-)
środa, 15 kwietnia 2009
Przerwa
Drodzy czytelnicy, aktywność bloga zostanie zawieszona na czas jakiś.
Miesiąc może, albo dwa - zobaczymy. Nie mogę sobie w chwili obecnej
pozwolić na angażowanie się w jakiekolwiek działania poza pracą i
pisaniem doktoratu - nie mogę się już doczekać momentu, w którym
napiszę: SKOŃCZYŁAM. Ale aby tego dokonać, muszę się odciąć od
internetowego życia. Świat realny jest w obecnym momencie bardzo
zaborczy i absorbujący :-) Pozdrawiam wszystkich serdecznie i mam nadzieję, że o mnie przez ten czas nie zapomnicie!
wtorek, 31 marca 2009
Belfast news
Ostatnio czuję o wiele częściej niż zwykle potrzebę wchodzenia na stronę BBC Nothern Ireland w celu sprawdzenia, co się dzieje. Od pierwszego zamachu, tego na jednostkę militarną w Antrim, robię to codziennie. Po zamachach - chwila spokoju, potem św. Patryka: media huczały o awanturze w Holylands. Znów chwila spokoju - media huczą o walkach kibiców z okazji meczu Polska-Północna Irlandia: zdemolowane puby, poranieni policjanci. Nie upłynęło kilka godzin od meczu - nowy news: domy imigrantów na Donegal Road z powybijanymi szybami. Nie upłynął dzień, następny news: dysydenci republikańscy wypuścili na ulice podpalone ciężarówki w różnych punktach miasta. Wciąż nie wierzę, żeby Belfast miał wrócić do dawnych, prawdziwie niespokojnych czasów, ale nie dziwne chyba, że mnie to wszystko smuci i niepokoi. Tym bardziej, że ostatnie zamieszki z okazji meczu wplątały w serię przemocy również i zamieszkałych tu Polaków. Nie umiem zrozumieć nikogo spośród prowodyrów tych wszystkich wydarzeń: o co im chodzi? O niepodległość? (to RIRA) O demonstrację 'Polskiej Siły'? (to polscy 'kibice' - fraza o 'Polskiej Sile' wzięta żywcem z wypowiedzi jakiegoś kibolskiego forumowicza). Studiuję od lat zachowania ludzkości, i te w dawnych wiekach, i te dzisiaj, i rozumiem - teoretycznie - działające mechanizmy, ale zupełnie nie umiem sobie wyobrazić, co się dzieje w ich głowach. Może dlatego, że trudno jest sobie wyobrazić całkowitą próżnię? Zła jestem. I czuję się rozczarowana ludźmi. I zastanawiam sie, czy nie powinnam gasić światła o tej porze, coby samotne oświetlone okno nie kusiło pijanej młodzieży, wydzierającej się właśnie na mojej ulicy.
poniedziałek, 23 marca 2009
Gdzie się podziały...
W swych
nastoletnich leciech, bardzo zbuntowanych, pełnych obszarpanych koszul,
dziurawych spodni, malowanych na czerwono włosów i marihuany, słuchałam byłam
najgoręcej wczesnej Nirvany i Metallici. Jak poszłam na
studia i poznałam swojego ówczesnego faceta, na rzecz przypodobania mu się (choć
nie tylko, ale to było pierwszym impulsem), stałam się zwolenniczką
sekretarskich mundurków i muzyki dawnej. Dzisiejsza Ju
jest różnorodna. Słucha klasyki, muzyki dawnej, jazzu i starych szarpidrutów. Do
pracy ubiera się jak sekretarka z pornolskim zacięciem (ach te dekolty i
wycięcia w spódnicach), na codzień jak dawna nastoletnia abnegatka. Albo jak
współczesna nastolatka – w biodrówki i T-shirt w zielone kotki. Albo jak każda
normalna kobieta. No, różnie bywa. Dzisiejsza Ju, w przeciwieństwie do dawnej,
ceni różnorodność, i w jej życiu jest miejsce na szarpidructwo i na klasykę, na
zielone kotki i różowe skarpetki, na sztywne kołnierzyki, obcasy, na piżamki w
niebieskie kwiatki oraz na czerwoną koronkową bieliznę. Dziś Ju spędziła
wieczór, odziana w błękitną piżamkę w kwiatki i słuchając zespołów Vader i Rammstein. Kiwała głową do taktu bardzo gorliwie, niemalże jak na koncercie live. Gdy w pewnym momencie uświadomiła
sobie, czego słucha i do czego kiwa głową, będąc odziana w błękitną piżamkę w
kwiatki, wybuchnęła śmiechem. Bogu dzięki, że
nie przewidywałam, jaka będę, gdy miałam siedemnaście lat! Chyba bym była skoczyła z
mostu ze wstydu :-D
wtorek, 17 marca 2009
Świętego Patryka
Świętego Patryka mija tak spokojnie, jak tylko to w Belfaście możliwe. Czyli jak zwykle, dzikie wrzaski pijanej młodzieży na ulicach i mnóstwo poroznoszonych śmieci. Holylands, dzielnica południowego Belfastu zamieszkana przede wszystkim przez studentów, zatłoczona, rozwrzeszczana, z kordonami policji wokół, którym się troszkę oberwało jakimiś jajkami czy butelkami, ale nic poważniejszego. Stateczniejsi obywatele miasta, którzy ze strachu przed nowymi ekscesami przeważnie zostali w domach, zaczynają oddychać z ulgą. Z ulic wciąż dochodzą agonalne wrzaski schlanych młodzieńców, ale to już łabędzi śpiew imprezy - po całodziennym piciu nikt nie będzie miał siły na jakiekolwiek zamieszki. Żeby nie było, żem już taka potwornie zdziadziała i stetryczała - rozumiem, że młodzieć lubi się pobawić. Niechże się bawi. Po prostu ci, co wyrośli z nastoletnich, ewentualnie wczesno-dwudziestych lat, trochę się boją, że młode umysły w oparach hormonów i alkoholu są trochę zbyt porywcze i zbyt mało przewidujące. I nie wiadomo co im może w obecnej sytuacji przyjść do głowy. Ale są i tacy, którym zupełnie nie w głowie rozróby. Na przykład ci, którzy na dzień św. Patryka ubierają się dwukolorowo: zielono-pomarańczowo, chcąc podkreślić wspólnotę niegdysiejszych stron konfliktu, jednakie prawo wszystkich do świętowania, prawo do uważania się za Irlandczyka niezależnie od tego, czy jest się lojalistą, czy republikaninem. Miło jest zobaczyć ładną, uśmiechniętą młodą dziewczynę, noszącą swoje dwa kolory z dumą, spokojem i zadowoleniem. Widok ślicznego uśmiechu na zgrabnej dziewczynie w dwóch kolorach musi chyba wpływać na awanturnicze nastroje kojąco!
niedziela, 08 marca 2009
Real IRA are really stupid morons
Konflikt północnoirlandzki wczoraj jeszcze był tylko wspomnieniem. Turyści przyjeżdżają popatrzeć na polityczne graffitti, co roku w lipcu odbywają się marsze oranżystów, budzące lekki niepokój służb porządkowych, niektóre taksówki nie jeżdżą z założenia do niektórych dzielnic, niektórzy ludzie wciąż jeszcze przegryzają gorzkie wspomnienia - ale od dziesięciu lat był spokój, spokój, który stanowcza większość obywateli, bez względu na powiązania i przekonania polityczne, bardzo ceni i szanuje. Ludzie tutaj nie chcą już wojny, nie chcą wojsk na ulicach ani zamachów. Tymczasem garstka oszołomów chce decydować za nich. Wczoraj wieczorem w Antrim zaatakowano żołnierzy i, zupełnie przy okazji, niewinych dostarczycieli pizzy (Polaków zresztą). Korzystając z okazji, że otworzono bramę bazy, paru stukniętych bandziorów otworzyło ogień na gromadę ludzi, zabijając dwóch i raniąc ciężko następnych czterech. Co chcą przez to osiągnąć? Zjednoczenie Irlandii? Za którym w zasadzie niemal nikt już nie tęskni? Północna Irlandia uzyskała tak szeroką niezależność od Zjednoczonego Królestwa, że w wielu aspektach jest wręcz niezależnym państewkiem, a jedyną istotną formą zależności od UK są obfite pieniężne dotacje płynące z centralnego budżetu. Bandytyzmem w obecnej sytuacji ugrać się nie da nic, a stracić moża wiele. Jakimże kretynem trzeba być, żeby w takiej sytuacji chwytać za broń? Jakimże pyszałkiem, żeby usiłować decydować za więszość o tym, co jest dla nich dobre i właściwe? Rozumiem ideę bronienia niepodległości, ale czego te oszołomy bronią, skoro niepodległość jest stanem faktycznym? Smutny jest to dzień. ![]() http://news.bbc.co.uk/
sobota, 28 lutego 2009
Węszę kryzys...
Zaczęłam węszyc za pracą. Na razie ostrożnie, w wolnych chwilach, powolutku przeglądam oferty, grymasząc nieco - nie, bo za daleko, nie bo za mało płacą, nie, bo wymagają siedzenia po godzinach... Nie mogę sobie jeszcze pozwolić na zbyt wymagającą pracę, jeszcze potrzebuję trochę czasu na wykańczanie doktoratu (na razie to on wykańcza mnie). Nie szukam więc zacięcie, tylko rozglądam się za jakąś okazją, której nie należałoby przegapiać, i którą opłaciłoby się spróbować schwytać, nawet kosztem pracowania przez jakiś czas po 12 godzin na dobę przez 7 dni w tygodniu. Wpadły mi w oko na razie dwie, do jednej aplikację już wysłałam, do drugiej studiuję formularze. Nie jest dobrze, moi Państwo. Pracy jak na lekarstwo, a chętnych wielu. Wysyłanie CV w odpowiedzi na ofertę, w której nie spełnia się choćby jednego z głównych wymagań, najczęściej okazuje się stratą czasu. Rozglądam się na razie niezobowiązująco, ale widzę, że będzie trudno - o wiele trudniej niż było w zeszłych latach (oferty pracy w UK śledzę od lat 4). Od czasu skończenia studiów magisterskich robiłam wiele rzeczy, pracowałam w wielu miejscach, zdobyłam całkiem pokaźne doświadczenie i wiele umiejętności, a mimo to stracha mam jednak lekkiego przed tym zderzeniem z prawdziwym rynkiem, a kilometrowe formularze aplikacyjne napawają mnie niepokojem. Dam to radę się przebić, kiedy kryzys wszystkim się daje we znaki? A może moja wiara w zdobyte umiejętności jest tylko jednym wielkim złudzeniem? Dylemat w skrócie: będzie za co żyć, czy nie? ;-)
piątek, 20 lutego 2009
Elunia
Dostałam ją jedenaście lat temu. Przestraszone, pstrokate kociątko. Przez wiele lat tolerowała tylko mnie - sypiała ze mną, kładła mi się na głowie wieczorami, z urządzeniem do mruczenia dokładnie nad moim uchem, tak że nie szło zasnąć, dopóki kot nie zasnął. Ale nigdy nie mogłam jej z mojej głowy zrzucić, czyli - dosłownie wlazła mi na głowę. Oraz trzymała pod pantoflem. W zamian za to wspierał mnie ten funt mruczących kolorowych kłaków przez wszystkie burze życiowe. Cokolwiek by się nie działo, zawsze był ze mną funt mruczących kłaków, pocieszał, dawał ciepło, mruczał kojąco, dawał 'kocie całuski' swoim wilgotnym małym różowym noskiem. Dobrze jst miec przy sobie żywe, kochające stworzenie, kiedy wszystko wokól się wali i pali. Kiedy pakowałam walizę do Belfastu, Elunia właziła do niej, mruczała i patrzyła na mnie z pytaniem w oczach: 'no to dokąd teraz jedziemy?' Musiałam ją zostawić z Mamą. Dobrze jej tam było. Jak mnie nie stało, Mama została jej wybranką, do której szło się mruczeć. Wyrobiła się na wsi życiowo i towarzysko - musiała się dogadywać z innymi kotami, czasami mężnie wychodziła na pięciometrowy spacer do ogródka, a czasem nawet polowała w nim na żaby. Prawdziwa arystokratka! Co tam jej myszy. Dopiero z czasem nauczyła się doceniać i mysie uroki. Ale nie zapomniała o mnie. Ilekroć przyjeżdżałam i brałam ją w ramiona, włączała natychmiast swoje niewiarygodnie głośne mruczenie, a całe dzionki spędzała na łóżku, na którym spałam. No i przynosiła mi do niego bladym świtem upolowane żaby. Zachorowała w nocy z wtorku na środę, w sam raz na Światowy Dzień Kota. Zmarła dziś rano. A ja nie mam już żadnego zwierzaczka, o którym mogłabym powiedzieć, że jest mój. Żadnego kochającego mnie zwierzaka. ![]() |